IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Samuel Rosh

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Old Sam
Dzieciak z PokePluszakiem
avatar

Napisanych : 4
Dołączył : 29/06/2016

PisanieTemat: Samuel Rosh   Pią 01 Lip 2016, 14:17


Samuel Rosh
» zwany również Starym Samem «

game master Niebianin
koniec zimy 1945 roku, 71 lat
trener, wolny najemnik
respekt o1, 5.000$
obecnie w drodze
pokedex, 5xpokeball, maczeta, długi sztylet, nóż, rewolwer 6-kulowy, garść naboi, prowiant, ubranie na zmianę, lina, zapalniczka, zegarek kieszonkowy, egzemplarz playboya z '89, menażka, przeterminowana apteczka, prosty namiot, śpiwór, skórzane rękawice, kosmetyki

Biografia
» zaś to jest moja historia «
- Ludzie rozsmakowali się we krwi. Boją się jednak pobrudzić swych śnieżnobiałych koszul, zatopić polerowanych butów w flakach i gównie, i posłuchać ostatniego oddechu konającego. Dlatego wysyłają na front swoje pokemony – rzucił do swego współtowarzysza, czyszcząc naoliwioną szmatą bagnet. Ściera nabrała rudawobrązowy kolor, odbierając krwawą barwę ostrzu. Siedzenie pod nim zachwiało się, ale on zdawał się tego nie zauważać.
- W sumie. To nie dziwię się, wygodne to, przynajmniej nie łupie im tak w krzyżu jak czasem mnie. – rzekł, drapiąc się w zamyśleniu po chropowatym licu, odkładając szmatę na bok. – No cóż, to z drugiej strony dobrze. Przynajmniej nigdy nie spodziewają się, że ten kto ich zabije nie stoi w obsadzie kilku pokemonów, a u pasa nie wiszą mu te śmieszne kolorowe bańki. Nie spodziewają się, że to człowiek może trzymać w ręku broń. Ale cóż my o tym wiemy, w końcu żyjemy. Nieprawdaż, Mark?
Odwrócił głowę ku zakneblowanemu chłopakowi. Dzieciak. Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia lat, ale już ubrany był po wojskowemu. Brakowało mu jednak nosa i *** wie czego jeszcze, bowiem twarz miał zalaną krwią. Oddychał jeszcze, rzężąc cicho, a każdy wdech tratował go bólem, gdyż na jego boku siedział oglądający bagnet starzec. Mężczyzna zdecydowanie przekraczał sześćdziesiątkę, ciało miał żylaste, a włosy całkowicie siwe. Twarz miał zoraną wiatrem i zmarszczkami, zęby perfekcyjnie białe, a oczy… chciwe, płonące dziwnym blaskiem.
- Teraz może ty mi coś powiesz? Na przykład opowiesz mi bajkę pod tytułem, gdzie ‘są resztki twego oddziału’? Hmm? Nie chcesz mówić? – zapytał zasmucony, po czym nagle odchylił głowę, odsłaniając zęby i uderzając się otwartą dłonią w czoło – Ah! Wybacz zniedołężniałemu starcowi. Teraz porozmawiamy! – nagłym ruchem zerwał taśmę z ust chłopaka, który jęknął głośno  - Spokojnie, nie musisz się spieszyć, mamy przed sobą całą noc!
Kilka chwil później niebo przeszył wrzask.

Nie sprawiało mu to przyjemności. Nigdy. Ani kiedyś, gdy skalpował pierwszy cel, ani później, gdy wyjmował dziecko z rąk matki, by je roztrzaskać o ścianę. Nigdy. Nauczył się jednak z tego śmiać, ale nadal nie czerpał z tego radości. Z czasem, gdy się starzał, jego temperament stępiał, a on sam zaczął zauważać u siebie oznaki litości. Kiedyś to wszystko było kwestią pieniędzy; był w stanie zrobić każdą rzecz, zależnie tylko od pękatości sakiewki. Teraz wchodziły w to często moralistyczne pobudki i demencja starcza. Nie potrzebował tyle pieniędzy co kiedyś; wiek nie pozwalał mu ani tyle chędorzyć, ani pić co niegdyś. Mimo to, nadal zlecenie było zleceniem, a on nie mógł w nich przebierać.
Jego okres minął; wyparli go młodsi i ich pokemony. Był więc ostatnim bastionem swych czasów, który stał, powoli zamieniając się w ruinę, patrząc ze swych baszt jak inne piękne, lśniące zamki wznoszą się. I upadają. To była jego cecha; zawsze na powierzchni, często podduszony, ledwo przebierający nogami, ale utrzymujący się nad lustrem wody.  
Nigdy nie używał pokemonów. Nie miał do nich ni ręki, ni cierpliwości. Wolał zwierzać swym własnym dłoniom i umiejętnościom, miast liczyć na pomoc stworów, których nikt dotąd do końca nie zrozumiał. O swoim bagnecie wiedział wszystko; pamiętał każdą rysę, każde zadrapanie, każdą posokę, która zalała jego lustro. Nie wiedział jednak nic o tych pokemonach.
Pamiętał gdzie się urodził. W tym samym mieście, przez które czterdzieści lat później przemaszerowała jego kompania zamieniając wszystko w ogień, łzy i krew. Wojna to nieprzyjemna sprawa, a możni tego świata lubili w nią grać. Zawsze zaś w niej potrzebni byli tacy jak on; najczarniejsi z czarnych, krwawi najemnicy bez chorągwi, wyrzutki społeczeństwa, którzy mieli plądrować, grabić i robić wszystko na niemocy prawa, co leży w interesie królestwa, a nie przystoi grzecznym żołnierzom. Przynajmniej publicznie. Mordował więc, grabił, gwałcił, wykonywał rozkazy. Stawał do bitwy, uciekał z nich, dezerterował, zmieniając kompanie tak często jak strony. Byle zawsze życie i złoto się zgadzało. Wygrywał i przegrywał, zawsze jeden nie stając u boku żadnego swego pokemona. Pokemon był zarazem największą siłą, jak i słabością człowieka. W pewnych rękach był istnym narzędziem śmierci, ale, gdy tylko ta sama ręka się zachwiała… Już raz widział jak na polu bitwy pokemon żołnierza odwrócił się, by nabić tą samą pierś, którą jeszcze chwilę temu bronił, na swe kły. Nieszczęśnik umarł szybko z przebitym płucem i zgniecioną tchawicą.
Jednakże, nie tak brzmiała jego historia.

Wszystko zaczęło się od tego pamiętnego poranka. Zagościł jako dowódca trzeciego pułku „Wschodniej Wstęgi” – oddziału, który teraz leżał kilka stóp pod ziemią – w małym, acz ważnym miasteczku, którego włości przecinały dwa znaczne, kupieckie trakty. Za tych czasów mógł uchodzić za przystojnego i pewnego siebie. Charyzmą ściągał do siebie ludzi; tak żołnierzy jak i niewiasty. Te same, które krótko później ogrzewały jego łoże. Tym razem nie było inaczej. Ona – córka starosty, o włosach koloru miodu, cerze jasnej niczym sam śnieg i piersiach, do których można byłoby składać modły. On – zachwycony jej urodą, pięknem, lecz zniechęcony widoczną głupotę. Dziewka zwała się Lyss i niestety, aczkolwiek w jej głowie nie rodziły się obrazy godne uwiecznienia, a jedynie prosta kreska, niby wzięta z rycerskich eposów. Szukała swego księcia na białym koniu, przystojnego, męskiego, godnego jej skarbu między nogami. On jednak nie był księciem, rycerzem czy nawet pomniejszym szlachcicem, a owocem gwałtu. Mimo to, skradł jej cnotę, rżnąc ją bez miłości, jedynie w cichej euforii. Kolejnego dnia odjechał, zostawiając jedynie wspomnienie i nasienie w jej lędźwiach. Nasienie, z którego wkrótce coś wykiełkowało i upomniało się o swoje siedem wiosen później.

Spotkał ją pewnego wieczoru, pijąc na umór w zapchlonym burdelu, bardziej ciesząc się z powodu rzadkiego wina, niż dziewki, która siedziała mu na  kolanach. Była całkiem ładna, ale poprosił, aby się nie odzywała. Pierdoliła jedynie głupoty, ukazując przejrzałe zęby. Lyss wkroczyła do budynku. Nie poznał jej. Nie miał prawa jej poznać. Już nie była taka piękna; jej włosy straciły blask, piersi zwiędły, a twarz przeorały cienkie pasma zmarszczek. Wyglądała na niemal dwukrotnie starszą niż była w rzeczywistości. Trzymała w dłoniach zawiniątko, które w niemej czci przykładała do swej piersi. Po chwili opadła na kolana, tuż przed nim, zwieszając głowę.
- Czego? – rzekł do niej, odstawiając kufel. Ciekawiło go w jakiej sprawie tu ona przybyła, lecz jeśli przyszła tu jedynie na żebry, to był gotów sprać ją rzemieniem. Nie oczekiwał jednak takiej odpowiedzi.
- Zostałam wyrzucona. Wygnana. Ojciec wyrzekł się mnie, gdy tylko dostrzegł pęczniejący brzuch. Jesteś ojcem tego dziecka i jego jedyną nadzieją… ona… umiera.
Zdawał sobie sprawę, że zostawił za sobą hordę bękartów, jednakże nie była to rzecz, która spędzała mu z oczu sen. Przez chwilę miał ochotę kazać jej gnać z powrotem, skąd przybyła, jednakże w końcu postąpił inaczej. Sięgnął niepewnie dłonią w stronę zawiniątka, delikatnie odwijając materiał. Zobaczył przed sobą oczy. Jego oczy. Reszta jednak była mu obca; dziecko wyglądało na kilkukrotnie mniejsze niż być powinno, jej skórę pokrywało złuszczona, szarawa skóra, która odpadała płatami z jej ciała. Oddychała ciężko, świszcząc cicho przez usta przy każdym oddechu.
Nie chciał, nie wiedział czemu to zrobił, ale otoczył dziewczynę i jej matkę opieką. Znalazł kobiecie pracę, dziecku lekarza, a im obu mieszkanie. Oddał na to niemal wszystko co miał, zapewniając im życie, jednocześnie zadłużając się u wszystkich lichwiarzy w mieście i kolegów z oddziału.
W tym samym momencie jego życie zaczęło się walić.
Wpierw przyjaciele z armii go zostawili; nie miał pieniędzy na spłatę długów. W końcu został zdegradowany i wyrzucony z wojska na bruk. Lichwiarze kilkukrotnie nasłali na niego swych pachołków uzbrojonych w pałki, jednakże zdołał im umknąć. Nikt nie chciał mu pożyczyć pieniędzy, on sam nie był w stanie zarabiać, a jego córka umierała. Jedynie drogie leki pozostawiały ją przy życiu. Właśnie dlatego stał się tym kim jest po dziś dzień. Zaczął parać się najgorszą i jakąkolwiek robotą, tracąc część swego człowieczeństwa. Zabijał, gwałcił, mordował. Robił wszystko dla niej. Dla małej Amandy – jego córki. Z czasem było i lepiej. Ale tylko przez chwilę. Amanda, chociaż jej niemalże nie znał i widział przelotnie ledwo kilka razy w życiu, zaczęła się czuć na tyle dobrze, aby sama egzystować. Mora jednak nadal nad nią ciążyła. Wkrótce Lyss zmogła choroba. Zapalenie płuc. Nie miała szans na przeżycie. On zaś poświęcił się robocie.

To było zwykłe zlecenie. Nie inne niż wszystkie, które kiedykolwiek wykonał. Miał wejść, wszcząć burdę, zabić go na oczach świadków i wyjść tymi drzwiami, którymi wszedł. Cel był młodzieńcem; ambitnym, bogatym i szlachetnie urodzonym mężem stanu. Byłym dowódcą straży miejskiej. Nie spodziewał się z jego strony zbytniego oporu; jedynie niebezpieczeństwo pochodziło z kierunku jego pokemonów. Postanowił przyczaić się na niego w małej wsi – „Zimiance”.
Wszedł przez drzwi karczmy, domagając się głośno piwa. Wypił wcześniej kufel, wylewając na siebie drugi oraz starą, tanią wódkę, aby śmierdzieć jak przystało na pijaka. Barman zmierzył go wzrokiem, ale na widok monety w dłoniach Sama zaczął nalewać alkohol. Potem wszystko potoczyło się szybko. Podłożył nogę rosłemu celowi, a gdy ten się przewrócił, zaśmiał się głośno. Dwójka żołnierzy, którzy przyszli tuż za nim sięgnęła ku swoim ballom, jednakże dowódca powstrzymał ich uniesioną dłonią. Wstał, spluwając pod nogi starca, po czym ruszył ku oddalonej ławie.
- Piwa! – rzucił w stronę oberżysty od niechcenia – Tylko spróbuj dolać do niego choć kapkę wody, a razem oddam! Zapłacę, uczciwie, złotem, więc nie będzie waszmość stratny. No i wyrzuć stąd tego zapchlonego psa. Zatruwa powietrze.
Oczy Sama zaszły udawanym gniewem. Wstał nagle, chwiejąc się niebezpiecznie.
- Jak mnie twoja pizda ozwała? – wrzasnął bełkotliwie - Od kiedy to *** twego stanu czynią głos! Krew waćpana zbyt ciepła? Może trza ją trochę schłodzić? Hy?
- Dopij swe piwo, a potem zmiataj. Pókim miły. Nad grobem insz i tak, ale po co samemu do dołu skakać?
- Ja ci dam *** nad głobem… znaczy, inć, grobem! Na ziemię ubitą stawiaj; zgolę ci te włosy, które nosisz pod pizdą! – krzyknął staruszek, po czym wyszarpnął z pasa długi, lekko zardzewiały, ale nadal ostry sztylet. To był jego moment; rzucił mu wyzwanie na oręż biały, więc ten nie mógł sięgnąć pokemony. Jedynym wyjściem gołowąsa było wyrzucenie go stąd kopniakami lub przyjęcie wyzwania. Cel młody jednak był, a krew wrzała. Przyjął wyzwanie, wyciągając płynnym ruchem z pochwy szablę. Piękną, zdobioną, ale wyglądającą na długo nie ostrzoną.
Sam bez słowa rzucił się na oponenta. W tym momencie nie musiał udawać. Zamarkował cięcie, po czym ciął na odlew. Cel jednak okazał się szybki. Zablokował uderzenie i płynnym ruchem przeszedł do ofensywy. Nastąpiła wymiana ciosów. Obie strony były zaskoczone ze zręczności przeciwnika. Gołowąs okazał się wyśmienitym szermierzem, ale Sam miał nad sobą przewagę doświadczenia. Walka nie trwała długo. W końcu jedna ze stron popełniła błąd. Był to staruszek; dał się sprowokować na pchnięcie, zaś wiek nie pozwolił mu tak szybko cofnąć ostrza do pozycji obronnej. Szabla przecięła mu ramię, naruszając ścięgno. Przewrócił się na stół z impetem, łamiąc je na pół. Żelazo zamajaczyło mu przed nosem, a na twarzy oponenta zagościł uśmiech.
- Całkiem zręcznyś, starcze. Poddaj się, a daruję ci życie – rzekł. Lewą część twarzy zalewała mu krew, zaś dotąd śnieżne zęby przybrały kolor szkarłatu.
- Poddaję… się.

Był to kolejny punkt zwrotny w jego życiu. Przestał ufać swoim umiejętnościom; dostrzegł, że starość może być w końcu jego zgubą, zaś on nie mógł umrzeć. Jeszcze nie teraz. Na dodatek, rana, którą otrzymał była dokuczliwa. Nie mógł podnosić zbyt gwałtownie ręki, a czasem tracił w niej czucie na nawet kilka godzin. Zdał sobie sprawę, że musi zmienić siebie. Musiał znaleźć kogoś kto będzie narzędziem w jego rękach. Postanowił znaleźć pokemona.

Stworek był mały. Przypominał zawieszony w powietrzu kawałek fioletowej tkaniny. Zwał się Shuppet, a przynajmniej tak twierdził człowiek, u którego go kupił. Przez chwilę mężczyzna się targował. Zapłacił mu. Kulą. W dłoń. I kilkoma monetami. Od tego momentu kupiec był mniej chętny do targów. Pokemon był młody, rzekomo ledwo zdołał się wykluć i nie wyglądał na groźnego. Jednakże to dobrze. Nie potrzebował stwora masowej zagłady, a jedynie istotę, która byłaby w stanie unieszkodliwić szybko i sprawnie pojedynczy cel. Jednocześnie nie stwarzając ogromnego niebezpieczeństwa dla swego pana.

Charakter
» nie oceniaj mnie źle «
"Uważasz go za potwora? Monstrum owe, najemnikiem nazwane? Może i słusznie. Może i nie. Dam Ci jednak radę. Nigdy nie określaj prawdy jednym imieniem, gdy nie znasz jej innych przymiotów. Każdy bowiem osobie nadaje inny przydomek. Chcesz być kolejnym? Proszę cię bardzo, lecz wpierw poznaj je wszystkie nim to uczynisz."

Pozwolę opisać go jakim jest, a nie na jakiego się kreuje. Starość stępiła go. Stał się bardziej uprzejmy, ułożony i zdecydowanie mniej impulsywny. Do kobiet odnosi się dwojako; do dziwek i innych kurw, które odrzucały swą cnotę niczym ubłoconą wstążkę, zwracał się z pogardą i niechęcią. Do dam jednak zawsze zwracał się z szacunkiem i wyuczoną galanterią. Nawet jako staruszek był wesoły; rzadko na jego twarzy majaczył gniew czy smutek. Wolał przyjmować wszystko z uśmiechem i żartem na ustach. Współczuł ludziom, ale nie czuł potrzeby się z nimi dzielić swym ciepłem. Pod tym względem wydawał się być egoistą. Nigdy nie lubił rozwodzić się nad sobą. Niechętnie słyszał brzmienie swego głosu, choć już gdy zaczynał mówić, to rozwodził się długo i dogłębnie na dany temat.

Pokemony
» broń ostateczna «
shuppet o imieniu 'Tango'
plci samiec, wieku mlodego
zdolnosc specjalna nieznana
atak specjalny nieznany
knock off, screech
pokemon o imieniu 'nieznanym'
plci nieznanej, wieku nieznanym
zdolnosc specjalna nieznana
atak specjalny nieznany
nieznany, nieznany



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Samuel Rosh
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Jam byc Samuel
» Samuel Skamander
» Samuel Skamander
» Samuel Skamander

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Rozgrywki :: » Centrum Pokemon :: Karty Graczy-
Skocz do: